Wyprawa Aldis na Wolin - sierpień 2005 roku.
Do pierwszego w życiu Wolina (2005) nastawiałam się jak do jednego z ważniejszych wydarzeń w moim życiu i oczywiście nie zawiodłam się. Całą drużyną byliśmy na miejscu już 2 dni przed rozpoczęciem festiwalu. Miejsce wydało mi się idealne na tego typu imprezę, wrażenie zrobiły też historyczne zabudowania. Pierwszą noc spędziliśmy w wielonarodowościowym gronie przysłuchując się rozmowom Rosjan, śpiewom Norwegów i pięknej grze szwedzkiego barda, przyszedł też czas na oswajanie się z otoczeniem, pierwsze znajomości etc. Z rana zimny prysznic pod gołym niebem orzeźwił mnie nieco, zapowiadał się gorący i pracowity dzień. Gdy już zapoznaliśmy się ze wszystkimi Panserami, rozpoczęło się rozstawianie namiotów (trafiła nam się urocza miejscówka tuż przy ścianie trzcin, w nocy ich szum kołysał nas do snu ;) i inne czynności czysto organizacyjne. Ja tymczasem jak dziecko nie mogłam napatrzeć się na wszystkich ludzi ubranych tak rozmaicie, na przeróżne kramy kupieckie. Powietrze przesiąknięte zapachem dymu z palenisk stworzyło tak niesamowitą atmosferę, że w jednym momencie zapomniałam o całej reszcie świata. Kolejną noc spędziłam w namiocie. Pomimo, że padało nam na główki, było bardzo wesoło a poranek obudził nas odgłosami porannej krzątaniny wokół paleniska. Festiwal się rozpoczął.
Z Tostim i Vestarem ruszyliśmy na rundkę wokół wyspy na wstępny rekonesans. Przystawałam przy każdym stoisku zachwycając się rozmaitością wczesnych naszyjników, broszek, krajek, natomiast męska część mojego oddziału wzdychała do mieczy, kolczug i hełmów. Chłonęłam wszystkie ciekawostki jak gąbka, szczególne wrażenie wywarła na mnie pewna starsza kobieta, zielarka, dysponująca wiedzą tak rozległą i ciekawą, że mogłabym jej słuchać godzinami. Ciekawy kontakt nawiązałam z Rosjanam; wiadomo, słowiańskie dusze. Po południu przyszedł czas na bitwę, zapowiedzianą odgłosami gigantycznego bębna stojącego przy głównej bramie. Bitwa była znacznie brutalniejsza, niż sobie wyobrażałam przed festiwalem.
Wieczorem impreza zamknięta dla turystów, niestety (nieformalnie) dla niepełnoletnich również, więc większość czasu spędziłam w namiocie z przyjaciółmi. Następnego dnia odbył sie koncert Fideliusa i Starego Olsy, wytańczyłam się za wszystkie czasy z uroczym Białorusinem. Następnie znów bitwa, tym razem poprzedzona desantem z drakkaru, co było ciekawym urozmaiceniem. Wieczorem przyjmowano do drużyny nowych członków, w tym samym czasie w głębi wyspy trwał pokaz wirujących ogni. Noc była długa i zapadła mi w pamięć.
W ostatni dzień przeżyłam najazd rodziców. Moja mama widocznie wzruszona zareagowała na cały festiwal z takim samym entuzjazmem jak ja, tata nie mógł Jej utrzymać w miejscu. Z Ich wsparciem zaopatrzyłam się w solidne zapasy lnu, skór i ozdób i tak powoli trzeba było się pakować. Gdy słońce chyliło się już ku zachodowi nadszedł czas pożegnań, po czym już zupełnie cywilizowanym Passatem Combi wróciłam do domu. Został żal, że następna taka impreza dopiero za rok, ale i wyśmienite wspomnienia.

Wspominała : Aldis Magnudotir
© 2005 Thjodmar Ivarsson (Paweł Staniszewski) Panser Galter Drott - Wrocławska Drużyna Wikingów [PGD]


